Trzy tygodnie minęły od mojej wycieczki na Babią Górę, a ja dopiero teraz znajduję chwilkę, żeby podzielić się z Wami skromną relacją. Wiecie, że ten blog składa się z moich pasji, więc jakże mogłabym nie napisać o górach, nie podzielić się zdjęciami? Zresztą zawsze będę to powtarzać, że żadne zdjęcie nie odda piękna krajobrazu (niestety!), tego trzeba doświadczyć na własne oczy!
Ostatnio wszystkie górskie wyprawy planuję wziąwszy pod uwagę możliwości moich dzieciaków - tym razem córka się zbuntowała i wolała zostać z babcią, ale myślę, że spokojnie by sobie poradziła. Trasa nie jest trudna. Już po półgodzinie możemy zachwycać się powoli wyłaniającymi się zza drzew widokami na okolicę. Babia Góra składa się z wielu wierzchołków, grzbietów i przełęczy, czyli po godzinie trudniejszej wspinaczki czeka nas wręcz spacerek raz w górę, raz w dół, aż do Diablaka, czyli najwyższego wierzchołka tego masywu. Na temat nazwy Babiej Góry krąży wiele legend, ale chyba najbardziej słuszne jest porównanie kapryśnej pogody do babskich nastrojów. My trafiliśmy akurat na fantastyczną pogodę - trochę chmur przy wchodzeniu i słoneczko na szczycie. Jako że dzień wcześniej turysta został na szczycie porażony śmiertelnie piorunem, z niepokojem wypatrywaliśmy oznak zbliżającej się burzy. Pierwsze grzmoty dobiegły nas, gdy schodziliśmy już do schroniska. Sporo ludzi jednak parło w górę, nie zważając na zagrożenie...
Żegnam się na chwilę i życzę miłej wirtualnej wędrówki ;-)


































