Dobrych kilka miesięcy temu wpadła mi w oko przecudnej urody paterka... Sęk w tym, że nigdzie nie mogłam takiej dorwać - tak już mam, że jak coś mi się spodoba zaraz się okaże, że wycofane z produkcji i niedostępne :-( Paterki na owoce i tak potrzebowałam, ale poszukiwania tej idealnej były długie i bezowocne. Kilka już nawet mi się spodobało, jednak każda miała jakiś minus... Ciągle miałam nadzieję, że jednak trafi mi się TA JEDYNA. I wiecie co? Czasem naprawdę szczęście mi sprzyja :-) Trafiłam na nią przypadkiem i kupiłam bez chwili wahania!
Inna sprawa, że prezentowała obraz nędzy i rozpaczy, co pokazuję na ostatnim zdjęciu. Poprzednia właścicielka używała tej paterki jako świecznika! Paterka cała była śliska od wosku i na dodatek pomalowana z wierzchu dziwną farbą (nie zdziwiłabym się, gdyby to był lakier do paznokci, samo malowanie powierzchni nie oczyszczonej to dla mnie istna zgroza grrr!). Po zdarciu grubej warstwy wosku z farbą i wyszlifowaniu miałam zamiar pomalować ją na biało, ale spodobały mi się te odrapania, więc pozostawiłam trochę oryginalnego koloru, pomalowałam tylko to, co było konieczne.
I oto jest. Ta wymarzona :-)










































