Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monstera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monstera. Pokaż wszystkie posty

20 czerwca 2017

Świeczniki w stylu skandynawskim

Pora zerwać pajęczyny porastające powoli ten blog i nadrobić parę zaległości. A uzbierało mi się tego sporo :-) Na pierwszy ogień wrzucam parę migawek z dużego pokoju tudzież salonu, który co prawda jakiejś wielkiej metamorfozy nie przeszedł, ale lubię co jakiś czas coś poprzestawiać, coś dodać, namieszać to tu, to tam.

Często zmieniam dekoracje na stole, żongluję tacami, tworząc nowe aranżacje, więc fajnie byłoby utrwalić moje wymysły na blogu. Może powstanie z tego jakiś cykl z tacą w roli głównej, zobaczymy czy wytrwam w tym zamierzeniu ;-)

Po Wielkanocy, kiedy to pochowałam jajka i króliki, w całej okazałości rozpanoszyła się u mnie mięta. Okazało się, że słabość do mięty u mnie nie minęła, a wręcz przeobraziła się w zarazę, która dotknęła i moją 6-letnią córkę - mielibyście ubaw będąc świadkami naszych ochów i achów, kiedy na przykład ulicą przejeżdża miętowy samochód. Nowością (przynajmniej tutaj, bo rzecz dokonała się jakieś 2 miesiące temu) są czarne świeczniki. Wpadając w otchłań pinterestu oszalałam na punkcie czarnych świeczników. Jakiś czas trwało, zanim skompletowałam widoczny na zdjęciach zestaw (przekopując oczywiście olx). Świeczniki były złote, mosiężne (zanim trafiły w moje ręce), ale że u mnie złota i tak już jest dość sporo na ramkach w ściennej galerii, bez wahania je przemalowałam.

Jak malować mosiężne świeczniki? Wyczyściłam je z wosku, przetarłam benzyną ekstrakcyjną i naniosłam dwie warstwy zwykłej czarnej farby do drewna i metalu. Efekt nie do końca mnie zadowolił, ponieważ powierzchnia świeczników miała lekki połysk, toteż naniosłam jeszcze jedną warstwę - tym razem tablicówki. Ostatecznie chyba łatwiej byłoby pomalować je czarną farbą kredową, ale eksperymentowałam z tym, co akurat miałam pod ręką.

No dobra, dość gadania, obejrzyjcie zdjęcia i do zobaczenia następnym razem :-)












28 lutego 2017

Nieśmiałe odliczanie...

Nie witam wiosny z otwartymi ramionami... cóż poradzić, że uwielbiam zimę! I kiedy podczas spaceru ujrzałam pierwszą paproć przeciskającą się przez śnieg pomyślałam, że mam jakieś omamy wzrokowe. Nie mogłam uwierzyć, że znowu będę musiała czekać cały długi rok na biel sypiącą się z nieba. I tak - nieśmiało i z rezygnacją - zaczęłam chować typowo zimowe dekoracje, a poduszkowy zwierzyniec i gwiazdki powędrowały do szuflady. Zostało jeszcze parę dekoracji, jak na przykład rogacze czy modrzewiowe gałązki, bo trudno mi się z nimi rozstać, ale kiedy przyjdzie pora, ustąpią miejsca króliczkom i baziom.
Nie szaleję z bukietami kwiatów, chyba że pod postacią jabłkowych róż czy kwiatów z faworkowego ciasta. Na serwetce wymalowałam liście monstery. A lniane poduszki (też ręcznie malowane przeze mnie w długie zimowe popołudnia) zdają się razem ze mną odliczać dni pozostałe do wiosny. Udało mi się też uszyć po raz pierwszy lniany wianek zaplatany w warkocz, uwidoczniony na zdjęciach. Zapraszam do oglądania :-)
















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...