Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cotton Balls. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cotton Balls. Pokaż wszystkie posty

5 stycznia 2016

Pokój dziecięcy po zmianach

Na początek dziękuję za wszystkie życzenia świąteczne i noworoczne! Buziaki dla wszystkich, którzy zostawili ślad, szczególnie pod ostatnim postem :-)

Jakiś czas temu przedstawiłam Wam plany dotyczące metamorfozy pokoju dzieciaków i wrzuciłam Wam garść inspiracji - jeśli ktoś nie widział, zapraszam TUTAJ. I właściwie już dawno miałam zamieścić tego posta, ale skupiłam się na rzeczach związanych ze Świętami... Z nowym rokiem nadrabiam zaległości ;-)



Jaki był plan i co z tego wyszło:


1. ściany pomalować na neutralne kolory

Oj niełatwo było ukryć tę soczystą zieleń pod warstwą białej farby. Biała farba plus dzieciaki to dość ryzykowne połączenie, ale stwierdziłam, że najwyżej przybrudzenia w najbardziej narażonych na nie miejscach znowu pomaluję za jakieś pół roku ;-) Najważniejsze, że wchodząc do pokoju mogłam wreszcie odetchnąć pełną piersią - biel wizualnie powiększyła pokój, a szarość dodała pazura.

2. poprzestawiać meble tak, żeby pokój był bardziej funkcjonalny

Z pokoju pozbyliśmy się wąskiego regału Expedit, a większy regał i biurko zamieniliśmy miejscami. Efekt? Wizualnie pokój zrobił się bardziej przestronny i nie przytłaczał ogromem zabawek już od progu. Komody na ubrania zostały na swoich miejscach - w przyszłości zastąpią je pojemniejsze szafy, które pomieszczą też sporą kolekcję puzzli i gier planszowych. Miejsce na naszego małego ulubieńca też musiało się znaleźć!

3. większość maskotek oddać w dobre ręce, podobnie z zabawkami, którymi dzieciaki już się nie bawią

Najtrudniejszy punkt programu - kto ma dzieci, ten wie, o co mi chodzi. Płacz (to dzieciaki) i zgrzytanie zębów (to ja). Nagle okazuje się, że wszystkie maskotki są tymi "ulubionymi", a co do reszty zabawek - "przecież czasem się bawimy". W końcu z maskotkami jako tako poszło, kuchenka i jeździk zdecydowanie miały zostać (ustawiłam je za łóżkiem piętrowym, żeby tak nie rzucały się w oczy), a resztę trochę posegregowałam i co miało zostać, to poupychałam gdzie się da. Przy okazji przerzuciłam jakieś 10kg makulatury, wyławiając spomiędzy dziecięcych rysunków te najładniejsze.

4. znaleźć zamienniki na plastikowe kolorowe pudełka na klocki

Wykorzystałam dwie okazje, żeby sprezentować dzieciakom te fantastyczne pojemniki na lego (urodziny syna i prezenty gwiazdkowe), które idealnie wpasowały się do pokoju. Na większe klocki kupiliśmy ikeowską skrzynię na kółkach z serii Stuva - klocki zawsze są pod ręką, a przy okazji powstało fajne siedzisko; syn ma łatwiejszy dostęp do globusa, a ja moszczę się na siedzisku, kiedy syn odrabia lekcje.

5. koniecznie zmienić dywan

Przede wszystkim dlatego, że stary był już mocno wysłużony. Kupiliśmy w Ikei dywan Ullgump, tylko dlatego, że był tani - jak się nam znudzi, nie będzie żal go wymienić. Poza tym trwała promocja i te najfajniejsze sprzątnęli nam sprzed nosa.

6. zorganizować miejsce do eksponowania obrazków oraz przypinania rysunków i karteczek z zapiskami, w tym planu lekcji

I tutaj znowu pomocna była niezawodna Ikea ;-) A konkretnie kratka do upinania kwiatów Barso, której wymiar idealnie nam pasował, więc decyzja o jej zakupie zapadła błyskawicznie. Do tego półka na obrazki - dawna Ribba, obecnie Mosslanda.

7. najważniejsze - przeprowadzić remont jak najmniejszym kosztem!

Podsumujmy:

  • pojemników na lego nie doliczam do remontu, wrzucam do kategorii "prezenty", natomiast cottonki wygrałam jakiś czas temu w konkursie Cotton Ball Lights
  • farby - około 150zł
  • skrzynia na kółkach Stuva - 245zł
  • dywan Ullgump - 71zł (na promocji)
  • kratka Barso - 80zł (za dwie sztuki)
  • półki Mosslanda - 45zł
  • tkanina na pościel, poduszki, siedzisko plus wypustki - 145zł (sama szyłam)
  • firanki Lill - 15zł
  • domki Pepco (przemalowane) - 50zł za komplet (przecenione)
  • mniejszy kosz w paski House Doctor - 42zł (ten większy wygrany u Ani ze Skandynawskiej Werandy)
RAZEM: 843zł

Całkiem rozsądna kwota, można by nawet rzec, że blisko 10 razy mniejsza, niż kwota przeznaczona na metamorfozy w programie "Dorota was urządzi" ;-) Stali Podglądacze na pewno zauważą, że wiele przedmiotów widocznych na zdjęciach pojawiało się już na blogu (uszyłam girlandę i poduszki: księżyc, chmurka, gwiazdka, wyhaftowałam alfabet, zrobiłam chustecznik i blaszki z napisami, a lampki-gwiazdki wysprejował mąż), tak samo jak drzwiczki pomalowane farbą tablicową i gdyby je zebrać w jednym czasie, koszt remontu byłby nieco wyższy. Ale najważniejsze jest to, że wiele rzeczy można zrobić samemu, bez tego byłoby jeszcze drożej. Drobny przykład - zamiast zamawiać gałki do szufladek, pomalowałam gwiazdki wycięte ze sklejki (zamówione z innymi przydasiami do decoupage, a więc leżały w szufladzie) i przykleiłam je na oryginalne uchwyty.

Uff! Ale się rozpisałam! Jeśli chodzi o remonty, to w najbliższym czasie się nie zanosi ;-) Jestem bardzo zadowolona z efektu, nie uciekam już z pokoju dzieciaków z obawy, że dostanę oczopląsu. Jak widać wystarczy, że w pokoju dziecięcym pojawiają się kolorowe kredki i zabawki, więcej kolorów nie trzeba ;-)

Napiszcie koniecznie, jak Wam się podoba efekt! Ściskam!

PS. A tego uroczego szydełkowego pingwinka wygrałam w konkursie u Mileny - dziękuję raz jeszcze! :-)
















I to co tygryski lubią najbardziej ;-)











20 listopada 2015

Drobne przyjemności plus odrobina szczęścia

Tak to w życiu bywa, że nie zawsze pozwalamy sobie na małe przyjemności. A zwłaszcza matki tak mają,  jestem najlepszym tego przykładem. Od jakiegoś czasu zbieram piątaki do skarbonki na jakieś tam moje "must have", nad którym zresztą sto razy się zastanawiam, zanim kupię, aż w końcu ktoś sprzątnie mi sprzed nosa ostatnią sztukę... I ostatecznie kupka piątaków maleje z powodu zakupu czegoś zupełnie innego, głównie rzeczy dla dzieciaków, bo dziwnym trafem w tym przypadku matka ma jakoś więcej zdecydowania. Nie żeby mi to nie sprawiało przyjemności, zawsze się cieszę na widok uśmiechniętych buziek, ale czasem bym chciała bez skrupułów pomyśleć tylko o sobie i sama sobie sprawić prezent, o jakim od dłuższego czasu marzę... A jak nie kupię to przynajmniej daję moim marzeniom szanse, żeby się spełniły i chętnie biorę udział w konkursach, i o dziwo czasem się nawet udaje!



W ostatnich dniach odebrałam kilka przesyłek z cudowną zawartością. Pierwsza z cottonkami, które zamówiłam za wygrane w konkursie bony - i tym sposobem przedłużyłam swój stary łańcuch cottonków i wzbogaciłam go o nowe kolory. Druga z gałeczkami wygranymi w konkursie u Gosi - są przepiękne, koniecznie muszę zamówić jeszcze kilka podobnych porcelanowych gałek do kuchni!

Są takie dekoracje, które kupiłabym bez zastanowienia, ale okazuje się, że są wykupione, niedostępne albo nie takie jak sobie wyobrażałam. Wtedy czekam z nadzieją, że jednak gdzieś pojawi się ta ostatnia sztuka, może z drugiej ręki, albo coś podobnego (tak było na przykład z paterką). I tutaj pojawia się trzecia przesyłka...

To dopiero niesamowita historia! Przesyłka przyszła do mnie od Joasi, z którą w ogóle nie znałyśmy się wcześniej. Poprosiłam ją o przysługę i ta dobra duszyczka nie dość, że spełniła moją prośbę, wysyłając mi rzecz, która nie była u mnie dostępna i gdyby nie ona, to nie miałabym szans, żeby to dorwać, to jeszcze przysłała mi cudowną postarzaną literkę! Okazało się, że tworzy takie cuda z mężem, więc zajrzyjcie do niej, może akurat coś Wam wpadnie w oko?

I tym sposobem drewniana literka zapisana na mojej liście "must have" nieoczekiwanie trafiła do moich rąk. Podobnie jak metalowy domek, który wołał do mnie ze sklepowej wystawy kwiaciarni, obok której bardzo, ale to bardzo rzadko przechodzę (zwykle przejeżdżam tamtędy samochodem). I podobnie jak mięciutki koc w gwiazdki z Pepco - wybrałam się po czerwony z myślą o Świętach, a kupiłam brązowy, przypominający niedostępny już w sprzedaży, mój wymarzony brązowy pled w gwiazdki Ib Laursena.

Słowem - warto dawać sobie szansę, warto brać udział w konkursach, warto wierzyć w ludzi :-) I tak sobie teraz gniazduję, dekoruję, uśmiecham się... I chyba zacznę grać w totka ;-)

A jeśli chcielibyście mieć u siebie jedną z moich blaszek, zapisujcie się na moje rozdanie, zostały jeszcze 2 dni! I trzymajcie kciuki za siebie :-) Powodzenia!
















31 października 2015

Magia Cotton Balls

Jakiś czas temu prosiłam Was o głosy w konkursie na najlepsze ręcznie wykonane cotton balls. Bezkonkurencyjne okazały się cottonki wykonane na szydełku - pomimo że nie przypominały oryginalnych kulek owijanych bawełnianą nitką, zachwyciły mnie niezmiernie. Po raz kolejny żałowałam, że nie lubimy się z szydełkiem i cokolwiek by nie powstało z naszej współpracy, zawsze jest to jednorazowy wyskok. Jeśli chcecie je zobaczyć i spróbować swoich sił, fotki i instrukcja do ich wykonania znajdują się TUTAJ.

W każdym razie ku memu zaskoczeniu jako finalistka w nagrodę otrzymałam bon na zakupy od Cotton Ball Lights. I tu zaczynają się schody, bo muszę Wam się przyznać, że jestem okropnie niezdecydowana. Już drugi tydzień zastanawiam się, czy wybrać coś spośród gotowych zestawów, czy zestaw skomponowany samodzielnie. Kiedy już metodą prób i błędów okiełznałam aplikację do skonfigurowania własnego zestawu (co okazuje się zresztą fajną zabawą!) byłam już całkiem zdezorientowana...

O mojej miłości do cotton balls pewnie już zdążyliście się przekonać. Chęć posiadania tych kulek zmotywowała mnie do wykonania ich samodzielnie z muliny, a post z instrukcją ciągle jest bardzo popularny! Jakiś czas temu pojawiły się nawet w Biedronce co dla mnie oznacza, że nie wychodzą z mody i są nadal pożądaną dekoracją w naszych domach. I w zasadzie nie ma się temu co dziwić - zdobią każdy kąt, a zapalone wieczorami dają przyjemne, rozproszone światło, któremu dałam się uwieść od pierwszej chwili. Przy czym o ile moje ręcznie robione cottonki zawieszone na ikeowskim ledowym sznurze na baterie świecą dość jasno, tak oryginalne kule świecą na nim dość blado, dlatego korzystam z oryginalnego kabla - wierzcie mi, różnica jest ogromna!

Moje kule z muliny niezmiennie zdobią przedpokój, komponując się z lawendowymi okiennicami i fioletową ścianą w kuchni, natomiast drugi zestaw krąży po domu - raz wisi na karniszu w sypialni, innym razem zdobi półkę nad telewizorem albo kąt z kanapą... W te jesienne wieczory wręcz nie mogę doczekać się zmroku - świeczka, koc, herbatka z imbirem i świecące kule to mój zestaw obowiązkowy :-) Mój zestaw liczy zaledwie 10 kul, a cieszę się nim jak dziecko - pomyślcie, jaki niesamowity efekt można uzyskać wieszając u siebie łańcuch z 50 kulami, a takie również są dostępne na stronie Cotton Ball Lights! Wrzucam dla Was kilka fotek z moimi kulami - mam nadzieję, że udało mi się choć trochę oddać magiczny nastrój, jaki tworzą.











Szukając idealnego zestawu kolorystycznego nowych kulek przygotowałam łańcuch w takich kolorach , które już posiadam, a nuż się komuś spodoba takie połączenie :-)




Taki zestaw powędruje do pokoju maluchów - dla nich, o dziwo, mój wybór był bardzo szybki ;-)



A takie zestawy biorę pod uwagę i nie mogę się zdecydować ;-)








Na koniec mam dla Was niespodziankę - przez cały listopad na hasło 

blogiwnetrzarskieCBL

otrzymacie 10% zniżki na zakupy na stronie Cotton Ball Lights.







17 kwietnia 2015

Cotton Balls DIY... z muliny

To będzie mój najdłuższy post ;-)

Na cottonki, czyli Cotton Ball Lights chorowałam dłuuuuugo. Jakieś półtorej roku temu próbowałam nawet zrobić sobie sama takie kule - pod ręką miałam akurat biały kordonek i lampki choinkowe. Tyle że nie umiałam poradzić sobie z koślawymi balonami, a opcja zrobienia ręcznie 30 kul (tyle było żarówek) skutecznie mnie zniechęciła.

Pierwsze cottonki wygrałam w konkursie, o czym pisałam TUTAJ . Okazały się tak wdzięcznym elementem dekoracyjnym, że co chwila zmieniały swoje położenie. Zachorowałam na drugi komplet i pomyślałam, że kiedyś muszę sobie taki sprawić. I właściwie na tym by stanęło gdyby nie zmiana kabelka w oryginalnych cottonkach - kabel nie wszędzie dostawał do kontaktu, więc wymieniłam go na LED-owe lampki na baterie z Ikei. Sęk w tym, że miały 12 żarówek, a ja 10 kul. Stwierdziłam że dorobię sobie te 2 kule... z muliny.




Sądziłam, że temat cotton balls jest już passe na blogach, a tu okazuje się, że wcale nie. Widzę, że wiele osób marzy jeszcze o tych niepozornych kuleczkach, które robią tyle zamieszania. Głównie dla nich zamieszczam moje DIY - zanim kupicie oryginalny komplet, zróbcie sobie swoje :-)

Potrzebne materiały:
- mulina (najtańsza, ja użyłam Ariadny)
- klej wikol lub magic
- balony
- łańcuch LED-owy
- niezbyt gęsty krochmal




1.

Mulina, z której zrobimy nasze cottonki, daje szerokie pole do popisu - wystarczy zajrzeć do pasmanterii i zobaczyć, ile odcieni ma każdy kolor! Obliczyłam, że wystarczy nam 1-1,5 motka muliny na każdą kulę, przy czym przy 1 motku światło przenikające przez kule będzie bardziej intensywne, przy 1,5 przygaszone. Czyli jak kto woli ;-)
Zaczynamy od rozdzielenia nitek muliny - niewtajemniczonym powiem, że każdy 8-metrowy motek ma 6 nitek. Nitki najlepiej jest rozdzielać jak na zdjęciu, wyciągając jedną nitkę - w drugiej ręce nitki będą nam się zwijać. Należy to robić z wyczuciem, żeby nam się nie zrobił kołtun. Kiedy wyciągniemy całą nitkę, nasz zwitek należy rozciągnąć na całą długość i zacząć wyciągać kolejną nitkę. Nitki nawijamy na szpulkę - ja dysponowałam akurat ogólnodostępnymi rolkami po papierze toaletowym ;-)



2.

Kolejny krok to nadmuchanie balonów - ja swoje balony kupiłam w Pepco, są w miarę okrągłe, chociaż zdarzają się koślawe i z tymi lepiej od razu dać sobie spokój, bo trudniej je okiełznać i nitka będzie nam się ślizgać. Nie przekłuwałam balonów, jak to zwykle się robi na różnych filmikach instruktażowych dostępnych w necie - zawiązywałam supełek, po wyschnięciu muliny odwiązywałam i delikatnie pomagałam mu odkleić się od kulki zapałką, po czym wyjmowałam, myłam i używałam do kolejnej kuli. Żeby balony miały taką samą wielkość, przymierzałam je do otworu szklanki. Pilnujcie, żeby z balonów nie uciekało powietrze, bo wtedy nitki nam się zmarszczą i kula nie wyjdzie!




3.

Nawijamy :-) Zauważcie, że palce, którymi nawijam nitkę na balon są cały czas mokre od kleju. Nie przejmujcie, jeśli na nitce zostanie więcej białego kleju - jak wyschnie, nie będzie widać. Przy nawijaniu cały czas pilnujemy kształtu, staramy się i żeby nitka była rozprowadzona równomiernie. Pilnujemy otworu przy supełku - jeśli będzie zbyt duży, kule będą spadać z żarówki i trzeba będzie kombinować ;-) I tym sposobem nawijamy te 6 nitek z 1 motka muliny.




4.

Moczymy dłonie w krochmalu i turlamy sobie kulę w dłoniach - krochmal dodatkowo je usztywni. I odstawiamy kule np. na kieliszek, żeby sobie schnęły.




5.

Po wyschnięciu delikatnie odwiązujemy supełek, jeśli balon nie chce się odkleić, pomagamy mu zapałką, wyjmujemy balon, myjemy go i dmuchamy ponownie.




Czy opłaca się robić samemu cottonki? 

Podliczmy, biorąc pod uwagę, że nie wszyscy mają akurat pod ręką niezbędne materiały (wyliczenia dla łańcucha z 12 kulami przy zużyciu 1 motka muliny na każdą kulę):

mulina - około 15zł
klej wikol - 6zł
balony - 3zł
łańcuch LED-owy - 10zł
czas wykonania i satysfakcja z dobrze wykonanej roboty - bezcenne

RAZEM: 34zł

W podsumowaniu - jeśli masz dużo zapału i cierpliwości, warto spróbować! :-)




Jeśli jesteście ciekawi, jak produkuje się cottonki - zobaczcie filmik na Youtube. Swoją drogą praca jak marzenie, na świeżym powietrzu, łatwa lekka i przyjemna :-)

Swoje cottonki hand made powiesiłam w przedpokoju na ażurowych drzwiczkach, które długo prosiły się o pomalowanie, aż w końcu się za nie wzięłam i zrobiłam lawendowe przecierki (zakochałam się w tej fioletowej bejcy). Potrzebowałam czegoś takiego, żeby móc w każdej chwili zmienić sobie dekorację bez konieczności wiercenia w ścianie (notabene: betonowej). Na drzwiczkach mogę umocować sobie swoje serduszka i co tam chcę w dowolnym miejscu, na dowolnej wysokości.

A "stare" oryginalne cottonki zadomowiły się na półce nad telewizorem i jest im tam bardzo dobrze ;-)

To tyle, dam Wam trochę odetchnąć od moich postów ;-) Miłego dnia!








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...