Są takie miejsca, w których czuję, że mogłabym tam zostać na zawsze. I do tych miejsc należą niewątpliwie Pieniny. W tym roku zamiast morza wybraliśmy góry i to był zdaje się bardzo rozsądny wybór, bo plaże ponoć były całkowicie oblężone. Szkoda tylko, że w Pieninach byliśmy tak krótko, bo nie starczyło nam czasu na wszystkie atrakcje - dopiero na miejscu okazało się, że jest ich całe mnóstwo! Złaziliśmy sporo, małe nóżki nieźle się wymęczyły. Ale taki był nasz cel - spędzić ten czas aktywnie. W pierwszy dzień zaliczyliśmy Trzy Korony i Sokolicę. W drugi dzień wybraliśmy się w przepiękną, ale dość długą trasę od Wąwozu Homole, przez Wysoką, Wysoki Wierch i Palenicę, aż do Szczawnicy. Trzeciego dnia odpoczywaliśmy, zwiedzając Niedzicę i Czorsztyn. Ach, żal było wracać!
Te momenty, kiedy z zachwytu widokami wstrzymywałam oddech i po drodze zazdrościłam krowom (!), które pasły się na stokach niczym ich alpejskie koleżanki, z równie cudowną miejscówką...
I te wieczory pełne magii, spędzone przy ognisku, ze świerszczami grającymi tak niesamowicie głośno...
A do tego Tatry na wyciągnięcie ręki...
Nie da się ukryć, że zostawiłam tam swoje serce.










