Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krasilnikoff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krasilnikoff. Pokaż wszystkie posty

20 listopada 2017

W blasku świec

Choć uwielbiam jesień i zimę za długie wieczory, za możliwość nicnierobienia bez wyrzutów sumienia i klimat, który możemy wokół siebie wyczarować rozpalając świece i lampki, zawsze o tej porze roku odczuwam wielki spadek endorfin. Kiedy nie ma co liczyć na długie górskie wycieczki lub jazdę na rolkach, po których wymęczę się tak, że zasypiam w momencie zetknięcia z poduszką, ratuję się i dostarczam sobie przyjemności na tyle, ile jest to możliwe w danym momencie. Ciemne i bure dni sprawiają, że instynktownie próbuję wywlec te molekuły emocji na światło dzienne. Mam ochotę co chwila piec jakieś słodkości - ta czynność co najmniej z trzech powodów może poprawić człowiekowi nastrój: zapach, słodki smak i satysfakcja z własnoręcznie wykonanych wypieków. Jako że nie posiadam kominka (marzenie!), wprowadzam się w błogi nastrój rozpalając świece. A wiecie, że wpatrywanie się w płomień świecy jest formą medytacji? Pozwala się wyciszyć i pozbyć negatywnych emocji. Morał z tego jest taki, trzeba po prostu dać się ponieść pierwotnym instynktom, żeby przetrwać ten okres braku słońca i nie dać się chandrze.

Tych parę fotek niech będzie pamiątką po mojej tegorocznej jesieni, bo już najwyższy czas pomyśleć o stroiku adwentowym i wyciągnąć zimowe poduszki. Do następnego!














20 lutego 2017

Drewniana rustykalna taca DIY

Mam słabość do wszelkiego rodzaju tac, które pełnią u mnie funkcje nie tylko użytkowe, ale i dekoracyjne. Uwielbiam tworzyć wszelkiego rodzaju aranżacje z tacami w roli głównej. Do szczęścia brakowało mi jeszcze takiej rustykalnej, nieco podniszczonej, koniecznie z metalowym akcentem.

Mam takie dziwne skrzywienie, że od razu chciałabym zrealizować kilka projektów za jednym zamachem i trudno mi się zdecydować na ten jeden. Choć widziałam wiele tac, które mogłabym tak po prostu skopiować, bowiem szalenie mi się podobają, jednak ostatecznie i tak stworzyłam rzecz od początku do końca moją, nie kopiowaną, wykorzystując wszystko to, co akurat miałam pod ręką. I coś mi się zdaje, że nie jest to pierwsza taca, która wyszła spod moich rąk ;-)

Do wykonania tacy potrzebujemy:
  • listewek o szerokości 4cm - 10 sztuk o długości 32cm i 2 sztuki o długości 34cm
  • wodnej bejcy do drewna - nie rozcieńczałam bejcy dokładnie według instrukcji podanej na opakowaniu, do około 0,5 l wody dodałam proszku "na oko", ponieważ wyszłam z założenia, że lepiej jest pomalować deski kilkakrotnie i poprzestać na zabarwieniu, które mi odpowiada, niż od razu zabarwić je na bardzo ciemny kolor
  • cieniutkich gwoździ bez główki, które ładnie nam się schowają w drewnie - ja akurat miałam dość długie, więc trzeba je było ściąć do połowy cążkami
  • szczotki drucianej i papieru ściernego
  • lakieru bezbarwnego
  • opcjonalnie szablonu wyciętego z kartonu, czarnej farby, pędzelka gąbkowego
  • opcjonalnie ozdobnych narożników

Przycięte deski pomalowałam jeden raz bejcą, po przeschnięciu potraktowałam szczotką drucianą i przetarłam papierem ściernym. Następnie wybrałam kilka deseczek, które ponownie zabejcowałam, żeby miały ciemniejszy odcień, niż pozostałe - i znowu szczotka i papier ścierny. Na zdjęciu widoczna jest różnica w zabarwieniu deseczek tuż po bejcowaniu i obok - po potraktowaniu drucianą szczotką. Już w tym momencie efekt był zadowalający, więc pomalowałam całość lakierem bezbarwnym (uwaga! lakier przyciemnia kolor). Kolejny etap to żmudne przybijanie gwoździków (na całej długości bocznych ścianek, żeby konstrukcja była stabilna) i przybicie narożników. Dodatkowo zamarzyła mi się gwiazdka, więc na szybko wycięłam szablon i naniosłam farbę pędzelkiem gąbkowym.

Taca by nie powstała, gdyby nie zainspirowała mnie Dorota z bloga Baba Ma Dom, mistrzyni w kwestii postarzania drewna, której własnoręcznie zrobioną tacę, do której wzdychałam, można sobie obejrzeć TUTAJ.
A przepis na ślimaczki cynamonowe, które na stałe weszły do naszego menu znalazłam TUTAJ.
















18 grudnia 2016

Półka kuchenna w świątecznej odsłonie

Uwielbiam okres przedświąteczny i Święta, uwielbiam dekorować dom gałązkami jodły i modrzewia, szyszkami i... blaszkami (jakże by inaczej?). I kiedy dom pachnie piernikami, jak wczoraj - piekłam kolejną porcję pierniczków, ponieważ pierwszą dekorowały dzieciaki, a drugą dekoruję ja - upajam się tym zapachem, mogłabym piec je cały rok! Stąd właśnie wzięła się moja słabość do wszelakich kosmetyków o zapachu czekolady, piernika, pomarańczy i cynamonu.

W tym roku zamarzyła mi się biało - szaro - srebrna choinka i pod tym kątem udekorowałam też kuchenną półeczkę. Uwielbiam oglądać aranżacje świąteczne z czerwienią w roli głównej, ale uznałam, że to jednak nie moja bajka. Nie mówię nie, wszak gusty się zmieniają, może kiedyś i mnie się odmieni - na razie jednak obstaję przy stonowanych i naturalnych dekoracjach.

W tym roku w końcu udało mi się stworzyć wstążkowe bombki - którymi będę Was jeszcze męczyć w kolejnych postach. Są śliczne, przyjemnie się je tworzy i jest to ciekawa alternatywa dla tych wszystkich bombek "made in China", które zalewają rynek. Długo szukałam ciekawych bombek, żeby uzupełnić swoją kolekcję i nie znalazłam nic godnego uwagi - może źle szukam, ale naprawdę nic nie skradło mi serca. Nie ma to jak stary, dobry "handmade" ;-)












23 listopada 2016

Kilka kuchennych kadrów

W końcu nadszedł czas, by pokazać, co takiego wymyśliłam przy okazji remontu kuchni. Choć remont to może za dużo powiedziane, żadnej rewolucji niestety nie przeprowadziłam ;-) Żółte meble zostały, podłoga zresztą też - już nawet kombinowałam, żeby przykryć nielubiane kafelki białą wykładziną, jednak przewidywane koszty okazały się zbyt wysokie jak na rozwiązanie tymczasowe. To ja już zdecydowanie bardziej wolę poczekać. Pozostaje mi pogodzić się z myślą, że dopiero przyjdzie ten czas prawdziwego remontu z wymianą mebli, płytek, drzwi, podłóg i metamorfozą łazienki.

A co się zmieniło?

Zniknęła fioletowa ściana w jadalni, która po czterech latach od ostatniego remontu zaczęła mnie kłuć w oczy. Przy okazji trzeba było odświeżyć ściany w kuchni, jadalni i przedpokoju.

Galeria zdjęć na ścianie musiała zostać, ale w zupełnie nowej odsłonie. Dokładanie kolejnych obrazków było kłopotliwe, ze względu na wiercenie w betonie. Poza tym wystarczyło machnąć niechcący ręką siedząc przy stole (dzieciaki!) i obrazek lądował na podłodze. Postawiłam na znane półeczki na ramki, jak w pokoju dzieciaków - spodobało mi się, że dają duże pole do popisu, a ich możliwości aranżacyjne są nieograniczone. Ale nie pytajcie, ile trwało przekładanie ramek na półce, aż efekt mnie zadowolił ;-) Przekonała mnie do nich jeszcze jadalnia Izy, której klimatem niezmiennie się zachwycam.

Pojawiła się nowa lampa. Wymiana lampy ze starej prowizorycznej na coś porządnego wydawała się nieco kłopotliwa, bowiem to co u mnie powoduje szybsze bicie serca, niekoniecznie musi się spodobać mojemu mężowi. Ale o dziwo bardzo szybko osiągnęliśmy kompromis, choć jego nawet bardziej ciągnęło w klimaty loftowe czy retro i skłaniał się ku bardzo odważnym modelom lamp (tyle że były o wiele droższe). Musieliśmy nieco przesunąć lampę, żeby wisiała dokładnie nad stołem - kuć nie chcieliśmy, postawiliśmy na zwisający kabel zasupłany na małym haczyku.

Stół potrzebował liftingu. Renowacja stołu była koniecznością po tym, jak kiedyś nie chciało mi się wyciągać deski do prasowania i użyłam zamiast niej stołu. Co prawda podłożyłam koc, ale i tak lakier się odparzył i została mi na pamiątkę biała plama. Szlifierka poszła w ruch, odsłoniłam rysunek drewna ukryty wcześniej pod grubą warstwą bardzo ciemnej lakierobejcy, a potem delikatnie podkreśliłam go orzechową bejcą i nałożyłam lakier bezbarwny.

W jadalni zamieszkał też nowy zielony lokator, którego wycyganiłam od taty - mama się cieszy, bo dzięki mnie pozbywa się z domu kwiatków, które JEJ się nie podobają.

I jeszcze pojawiła się czarna ściana pokryta farbą tablicową - mały prostokącik między oknami, który mogę ozdabiać typografią wedle mojego widzimisię.

W podsumowaniu - rewolucji nie było, ale efekt bardzo mnie zadowolił. Brakuje jeszcze paru dodatków, ale z tym się nie śpieszy. Na razie dotarł do mnie wymarzony gazetnik od Marty, na pewno pojawią się wiszące kwietniki i wózek kuchenny - marzy mi się turkusowy, niestety Ikea wycofała ten kolor ze sprzedaży, grrr!

Dajcie znać w komentarzach co myślicie :-) Ściskam!















19 kwietnia 2016

Drobnostki

Umiem cieszyć się z drobnostek. Z pierdółek. Nie sądzę, żeby to była cecha wrodzona. Podejrzewam nawet, że duży wpływ na takie podejście do życia miały czasy PRL-u, co do których można sobie teraz wyrobić jako taki pogląd oglądając "Zmiennicy" czy "Alternatywy 4" (które zresztą uwielbiam). Albo może lepiej zapytać rodziców, żeby czasem Wam nie przyszło idealizować później tego okresu. Swoją drogą, ciekawe, czy komuś, kto to czyta, zdarzyło się stać w kolejce za kawą i cukrem ;-) Mnie się zdarzyło, taki ze mnie dinozaur (ale tylko metrykalnie!).

Z tęsknym westchnieniem przypomniałam sobie ostatnio te czasy, oglądając w sklepie odkurzacze. No za duży wybór, za dużo opcji! Kiedyś stało się w kolejce i brało się co akurat rzucili na sklep. Nie szkodzi, że dajmy na to czekałaś na odkurzacz, a przyszły pralki. Brało się bez gadania i cieszyło, bo miałaś szczęście, że wystarczyło dla ciebie towaru. Jeden model, ruski na dodatek; kiedy zaczęła wirować zdawało się, że zaraz w kosmos wystartuje, tyle robiła hałasu. A teraz idź do sklepu to od razu pełno dylematów - filtr taki czy taki; czy ten tańszy model to czasem nie jakiś szajs, co to od razu się zepsuje, albo czy czasem za ten droższy nie przepłacę, skoro ma podobne funkcje, co ten tańszy...

No, ale o drobnostkach miało być... O tym, jak skakałam z radości, że w sklepie pojawił się w końcu mój wymarzony imbryczek, na który sumiennie odkładałam piątaki. O tym, że znalazłam fajny przepis na gofry. Że wiosenny trawnik znowu zrobił się niebieski od szafirków i że wiosna zaskoczyła pana z kosiarą jak zima drogowców, bo na szczęście jeszcze się tam nie pojawił. Że przede mną nowe wyzwania i cele... I energii więcej, czego mi najbardziej ostatnio brakowało.

Do tego, że polubiłam markę Krasilnikoff chyba już nie trzeba nikogo przekonywać ;-) Uwielbiam łączyć te skorupki z kolorową ceramiką Mynte. Moje pierwsze zdobycze pokazywałam Wam TUTAJ i TUTAJ. Kiedy na stole robi się tak kolorowo, trudno się nie uśmiechnąć. Od razu robi się przyjemniej, a wspólny podwieczorek urasta do rangi małego święta. Dzieciaki się licytują, kto dzisiaj pierwszy wybiera kolor talerzyka (córka oczywiście oburzyła się, że nie kupiłam jeszcze różowego zestawu) i smak herbaty. Jako że nie dorobiłam się jeszcze cukierniczki do kompletu, przestałam dosładzać dzieciakom herbatę (nauczone przez babcię) i jakoś wcale się o to nie dopominają. A i mąż nie dosładza, bo nie chce mu się wstawać po cukier. Jest banan na twarzy i jest dobrze :-)













16 września 2015

I'm so happy (mugs)

Zdarzają się czasem takie momenty, które potrafią podbudować kogoś, kto już zaczął wątpić w swoje szczęście. Niby drobiazg, a cieszy jak wygrana w totolotka. Przytrafiają się raz na jakiś czas i przywracają do pionu.

Ostatnio jednym z takich momentów była wygrana w drewnianym konkursie Baba Ma Dom  - przyjechała do mnie deseczka od Drzazgi i Drobiazgi, tak piękna, że aż szkoda jej używać! Oglądaliśmy ją z M. z każdej strony zastanawiając się, jak się robi takie cudo. Jest niesamowita, ja jej będę używać chyba jedynie do serwowania ;-)

Inne przyjemności to prezenty z jakiejś okazji i te bez okazji... Pamiętacie mój post o skorupkach? Małymi kroczkami spełniam swoje zachcianki, opróżniając skarbonkę z kasą ekstra przy okazji fajnej promocji albo naprowadzając kogo trzeba przy okazji jakiegoś mojego mini święta. Skorupkomania objęła u mnie również Happy Mugs. Od razu zaznaczam, że ten post nie jest (niestety) sponsorowany ;-) Wprost uwielbiam te kubeczki i z niecierpliwością wypatruję nowych wzorów - spójrzcie jakie wrzuciłam na moją listę "must have"! Rewelacja po prostu! Zastanawiam się tylko, czy te wzory pojawią się u nas w sklepach? Niby nic - mały, kolorowy kubeczek, a jednak coś w sobie ma, że gdy piję w nim herbatę, każda chwila rośnie do rangi małego święta. Zabrzmiało patetycznie, ale to fakt, że paszcza mi się cieszy w takich momentach :-D

Uściski!
Aneta

















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...