Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ib Laursen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ib Laursen. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2017

Rozpieszczajmy się sami ;-)

W tym roku lato nas nie rozpieszcza, to fakt. I ten fakt trochę mnie drażni, pomimo że należę do tych zimnolubnych, co to wolą jesień i zimę. Doskwiera mi to najbardziej z dwóch powodów: ze względu na dzieciaki, które kiszą się w wakacje w domu i nic tylko snują się po domu, żebrząc o tablet  i niesprzyjające warunki do łażenia po górach. Tak poza tym jakoś daję radę z tą pogodą, zgodnie z sentencją:

Boże! Proszę, daj mi siłę,
abym pogodził się z tym, czego zmienić nie mogę;
odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę
i mądrość, abym potrafił odróżnić jedno od drugiego.

Co zrobić, żeby wytrwać w deszczowe dni? Rozpieszczajmy się sami! Najlepsze efekty daje łączenie przyjemności. Można by rzec, że trzy to minimum. Dlatego skupię się na trzech moich sposobach. Po pierwsze - zajmij się czymś pożytecznym. Po kilku miesiącach przeprosiłam szydełko i zaczęłam dziergać nowy kocyk w miętowym kolorze. Mam nadzieję wyrobić się do jesieni i będzie w sam raz, żeby otulić się w długie wieczory. Po drugie - wypróbuj nowy przepis na ciasto. Dodaj do niego ulubione owoce i spróbuj się rozgrzeszyć tłumaczeniem, że nawet jeśli co nieco pójdzie w boczki, to przy okazji dostarczysz sobie witamin i błonnika. Po trzecie - zrób sobie prezent. Ja od dawna wzdychałam do desek - rogaczy i kiedyś-tam postanowiłam, że upoluję go sobie sama w ramach prezentu urodzinowego. Odpowiednio wcześniej, żeby dotarł do mnie na czas. Akurat tak trafiłam, że rogacze miały właśnie trafić do sklepu, więc dotarł do mnie dość szybko i mogę się nim cieszyć już teraz, miesiąc przed urodzinami ;-)













3 listopada 2016

Miętowa jesień? Czemu nie?

Zazwyczaj o tej porze roku wyciągam z szafy poduchy w kolorach ziemi, z sową i jeleniem w rolach głównych. Ale jako że od wiosny nie wyleczyłam się z mięty, spróbowałam wyczarować jesienny kącik z miętowych dodatków, które rozstawione są po kątach w całym mieszkaniu. I powiem Wam, że jesień w tej wersji ogromnie mi się spodobała :-)

Ten post będzie obfitował w sporo nowości... Nadgoniłam sporo spraw, tworząc sobie listę rzeczy do zrobienia, na które zerkałam kontrolnie każdego ranka, brałam się do roboty i stopniowo odhaczałam kolejne pozycje. Jak widać ta metoda jest u mnie niezwykle skuteczna!

Jest bujak w bieli - czekał na tę chwilę od lutego i chociaż odradzaliście mi malowanie, w nowej odsłonie prezentuje się niezwykle lekko; musiałam go pomalować, zważywszy na odcień większości mebli w mieszkaniu, czyli ciemny orzech, a co za dużo to naprawdę niezdrowo...

Jest zydelek pomalowany na miętowo i mocno postarzony (też był w kolorze orzecha).

Pomalowałam również domkowe latarenki - domek kupiony w osiedlowej kwiaciarni (wcześniej w kolorze kremowobiałym) pięknie prezentuje się w miętowej odsłonie, a malutki domek z Pepco został przemalowany przez mojego męża według mojej prośby na czarny mat.

Pled z pomponami upolowałam na wyprzedaży, z czego ogromnie się cieszę, bo od dawna mi się podobał, na dodatek jest tak duży, że mogę się nim owinąć dwa razy.

Oszalałam na punkcie motywu paproci na poduszkach, musiałam mieć taką, więc po raz kolejny wykorzystałam olejek lawendowy i odbiłam przygotowany motyw na tkaninie bawełnianej. Wypustka dodała poduszce pazura.

Oczywiście w miętowej aranżacji nie mogło zabraknąć mojej miętowej blaszki w rozmiarze XXL.

Do tego wszystkiego lektura, która pozwoliła mi mocniej poczuć klimat listopadowych wieczorów, wybrana chyba intuicyjnie akurat teraz (polecam, aczkolwiek porównanie do "Pachnidła" jest mocno na wyrost).

I jak Wam się podoba?
Czy według Was kolor miętowy pasuje do jesiennych klimatów?









A tutaj bujak w całej okazałości :-)







13 października 2016

Półka kuchenna, czyli Shelfie No.2

Pamiętacie, jak mówiłam, że brakuje mi półeczki w kuchni? Na kubeczki, na sezonowe dekoracje, na przydasie, na ozdobę...? Uśmiechnęło się do mnie szczęście w konkursie u Ady, akurat przy okazji remontu kuchni. Przyjechało to małe cudo, o wiele piękniejsze niż na zdjęciach i od razu poczułam przyjemne świerzbienie na myśl o tym, w jaki sposób ją udekoruję. Trochę się przy tym nagłowiłam, bo co tu zrobić, żeby nie korzystać z przedmiotów, które znalazły swoje miejsce w innych częściach mieszkania, dobrze się tam czują i komponują, i ani myślą o przeprowadzce. I w ostatnią sobotę, w przerwie meczu Polska - Dania, tuż po tym, jak wypiłam ostatnią kropelkę żurawinowego Redd'sa, znienacka mnie natchnęło. Aranżacja powstała w kilka minut, mojego zadowolenia nie popsuł nawet późniejszy samobój Glika ;-) Jak Wam się podoba?

Ada, dziękuję Ci bardzo, uśmiecham się dzięki Tobie ilekroć na nią patrzę.
Buziaki wielkie!















5 września 2016

W sypialni - moje sposoby na chillout

Lubię otaczać się drobiazgami, które poprawiają mi nastrój. Zagrzebać się pod kocem lub w pościeli i czytać, przeglądać pisma wnętrzarskie, szydełkować. Pod ręką sterta książek, która nigdy nie maleje, bo wiecznie coś nowego dokładam. Na stoliku nocnym kawa lub zielona herbata w mojej ulubionej filiżance XXL. Albo zimne piwo po długim, męczącym dniu. Czasem domowe ciasto, bo lubię piec słodkości, choć nie lubię potem wystawiać na próbę swojej silnej, czasem nie-silnej woli. Nieustannie towarzyszy mi motyw gwiazdki, która zdaje się pojawiać wszędzie, nie tylko w pokoju dzieciaków. Mam słabość do tekstyliów, którą stara się trzymać w ryzach mój rozsądek... i portfel. Uwielbiam tworzyć blaszki i wciskać je w każdy kąt, uśmiechać się czytając po raz n-ty ulubioną sentencję. Nie wyobrażam sobie domu bez kwiatów - z działu z roślinami w marketach trzeba mnie wyciągać siłą. Nie mogę się też oprzeć drewnianym dekoracjom - na widok deseczek, pieńków, skrzyneczek w połączeniu z roślinami od razu szybciej bije mi serce. Nauczyłam się nie gniewać na drewniane meble, na których każda chwila utrwala się jakąś rysą. Nastrojowe światła, latarenki, świece, które podczas długich jesiennych i zimowych wieczorów grają pierwsze skrzypce w moim domu... Nie da się ukryć, że moim najbardziej ulubionym miejscem w domu jest sypialnia :-)

Właściwie nie napisałam nic, czego byście już o mnie nie wiedzieli, prawda? I założę się, że w większości też tak macie ;-) Uściski!














27 sierpnia 2016

"Leśny Mech" bez zakalca

Tak się jakoś u mnie w tym roku złożyło, że zdrowie i natura wybiły się na pierwszy plan. I jako że stałam się strasznym szpinakożercą, wymyśliłam sobie, że moim idealnym ciastem urodzinowym będzie w tym roku tort szpinakowy.

Nie przewidziałam, że pieczenie tego ciasta zamieni się w prawdziwą walkę.

Też trzymacie się ściśle przepisów? Może w tym właśnie tkwił mój problem. Wertując rozmaite przepisy z netu zwróciłam uwagę na sporą ilość oleju, który trzeba było dodać do ciasta - 1 szklanka lub więcej. Ale skoro tyle ma być, to jedziemy...! Zakalec. Nie jestem amatorem jeśli chodzi o pieczenie, o wiele lepiej radzę sobie z pieczeniem niż z gotowaniem i chociaż zdarzają się czasem małe wpadki przy pieczeniu czegoś po raz pierwszy, to nigdy nie stworzyłam zakalca! Myślę sobie - dałam rozmrożony szpinak, może go źle odcisnęłam? Drugie podejście, tym razem ze świeżym szpinakiem i z przepisem, który wydawał mi się ciut lżejszy. Zakalec. I taka różnica, że ciasto ze świeżego szpinaku było bardziej zielone. Piękny, zielony, świeży mech... gdyby tylko ładnie wyrosło ciasto...! Zawzięłam się - albo on mnie, albo ja jego. Przewertowałam swój przepiśnik, jeszcze raz pogrzebałam w internecie. Do trzech razy sztuka! Co pięć minut zdrowaśki przed piekarnikiem. A potem ulga i radość.

Moi kochani! W internecie jest masa przepisów pod tytułem "Leśny mech". Szukajcie, próbujcie... A jak nie chcecie próbować, to podaję niżej mój przepis. Smacznego!











TORT SZPINAKOWO-MALINOWY

CIASTO SZPINAKOWE
(tortownica 21-24cm)
4 jajka
1 szkl. cukru
1/2 szkl. oleju
2 szkl. mąki tortowej
1/2 szkl. mąki ziemniaczanej
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia DrOetker
1/2 łyżeczki sody
100g świeżego szpinaku

Szpinak umyć, porządnie osuszyć i zblendować na papkę.
Ciasto przygotować jak typowy biszkopt. Ubić białka z odrobiną soli i cukrem, żółtka wymieszać z proszkiem. Delikatnie zmieszać żółtka z białkami. Dodać olej i przesianą mąkę, na końcu szpinak i delikatnie wymieszać.
Piec ok. 40 min. w 180°C (program góra-dół). Wystudzić w blaszce.

Gotowe ciasto dzielimy na 3 części. Pierwsza część (najgrubsza) będzie stanowić podstawę tortu. Druga część (cieńsza) będzie stanowić środkową wkładkę tortu. Trzecia część (najcieńsza) potrzebna będzie do rozkruszenia i wykończenia tortu.

WARSTWA SEROWO-MALINOWA
250 gram śmietanki 30%
250 gram sera białego (z wiaderka) lub mascarpone
4 łyżeczki żelatyny DrOetker
ok 1/3 szklanki wody
1-2 łyżki cukru pudru do smaku
ok 15 dag malin

Żelatynę rozpuszczamy w przegotowanej wodzie. 
Schłodzoną śmietankę ubijamy. Do ubitej dokładamy cukier do smaku, a następnie stopniowo ser. Do dokładnie wymieszanej masy wlewamy żelatynę. Całość miksujemy. Masę serową wykładamy na pierwszą część szpinakowego ciasta.Po wylaniu wkładamy w nią maliny. Torcik odstawiamy do zastygnięcia.

GALARETKA Z MALINAMI
1-2 galaretki malinowe DrOetker
ok 15 dag malin
(jeśli nie planujemy dodać malin do galaretki, wystarczy 1 galaretka)

Galaretkę rozpuszczamy według przepisu na opakowaniu. Rozpuszczoną studzimy. Tężejącą wylewamy na zastygniętą masę serową. W galaretce zatapiamy świeże maliny. Następnie galaretkę przykrywamy drugą częścią szpinakowego ciasta. Torcik ponownie wstawiamy do lodówki, by galaretka dokładnie zastygła. 

WYKOŃCZENIE:
0,5 l śmietanki 30%
4 łyżeczki żelatyny DrOetker
2 łyżki cukru pudru do smaku
trzecia (najcieńsza) część szpinakowego ciasta
świeże maliny na wierzch

Żelatynę rozpuszczamy w około 1/3 szklanki wody. Delikatnie studzimy. 
Schłodzoną śmietankę ubijamy. Ubitą słodzimy do smaku. Na koniec wlewamy letnią żelatynę. Po dokładnym zmiksowaniu śmietankę wylewamy na zastygnięty torcik. Obtaczamy nią całe ciasto. Na wierzchu tortu powinna być grubsza warstwa śmietanki w porównaniu z bokami. Ciasto szpinakowe rozkruszamy w dłoniach i posypujemy nim torcik. Na wierzchu układamy maliny. Torcik ponownie wstawiamy do chłodu. Po około 30 minutach można kroić.


Torcik można też dodatkowo udekorować - z pewnością każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie z bogatej oferty DrOetker - ja tym razem użyłam ażurków oraz literek z czekolady. Takie dekorowanie to fajna, kreatywna zabawa i ogromna radość dla dzieciaków, wiem z doświadczenia ;-) Nie wspominając o tym, że każde ciasto czy deser będą się lepiej prezentować udekorowane kolorowym lukrem, cukierkową czy czekoladową posypką albo motylkami. A co do szpinakowego ciasta - fajnie, że można w ten sposób przemycić trochę witamin tym, którzy za szpinakiem nie przepadają.





22 sierpnia 2016

Małe czystki, czyli domowa wyprzedaż

Tak jak zapowiadałam na IG, przygotowałam małą domową wyprzedaż. Poniżej mała zajawka tego, co możecie tam znaleźć. Jak to w życiu bywa, część rzeczy już mi się opatrzyła, więc z wielką chęcią poszukam dla nich innego domku. A przy okazji być może uzbieram na coś z mojej urodzinowej wishlisty ;-)

Wrzucam wszystko TUTAJ. Miłego szperania!
















19 kwietnia 2016

Drobnostki

Umiem cieszyć się z drobnostek. Z pierdółek. Nie sądzę, żeby to była cecha wrodzona. Podejrzewam nawet, że duży wpływ na takie podejście do życia miały czasy PRL-u, co do których można sobie teraz wyrobić jako taki pogląd oglądając "Zmiennicy" czy "Alternatywy 4" (które zresztą uwielbiam). Albo może lepiej zapytać rodziców, żeby czasem Wam nie przyszło idealizować później tego okresu. Swoją drogą, ciekawe, czy komuś, kto to czyta, zdarzyło się stać w kolejce za kawą i cukrem ;-) Mnie się zdarzyło, taki ze mnie dinozaur (ale tylko metrykalnie!).

Z tęsknym westchnieniem przypomniałam sobie ostatnio te czasy, oglądając w sklepie odkurzacze. No za duży wybór, za dużo opcji! Kiedyś stało się w kolejce i brało się co akurat rzucili na sklep. Nie szkodzi, że dajmy na to czekałaś na odkurzacz, a przyszły pralki. Brało się bez gadania i cieszyło, bo miałaś szczęście, że wystarczyło dla ciebie towaru. Jeden model, ruski na dodatek; kiedy zaczęła wirować zdawało się, że zaraz w kosmos wystartuje, tyle robiła hałasu. A teraz idź do sklepu to od razu pełno dylematów - filtr taki czy taki; czy ten tańszy model to czasem nie jakiś szajs, co to od razu się zepsuje, albo czy czasem za ten droższy nie przepłacę, skoro ma podobne funkcje, co ten tańszy...

No, ale o drobnostkach miało być... O tym, jak skakałam z radości, że w sklepie pojawił się w końcu mój wymarzony imbryczek, na który sumiennie odkładałam piątaki. O tym, że znalazłam fajny przepis na gofry. Że wiosenny trawnik znowu zrobił się niebieski od szafirków i że wiosna zaskoczyła pana z kosiarą jak zima drogowców, bo na szczęście jeszcze się tam nie pojawił. Że przede mną nowe wyzwania i cele... I energii więcej, czego mi najbardziej ostatnio brakowało.

Do tego, że polubiłam markę Krasilnikoff chyba już nie trzeba nikogo przekonywać ;-) Uwielbiam łączyć te skorupki z kolorową ceramiką Mynte. Moje pierwsze zdobycze pokazywałam Wam TUTAJ i TUTAJ. Kiedy na stole robi się tak kolorowo, trudno się nie uśmiechnąć. Od razu robi się przyjemniej, a wspólny podwieczorek urasta do rangi małego święta. Dzieciaki się licytują, kto dzisiaj pierwszy wybiera kolor talerzyka (córka oczywiście oburzyła się, że nie kupiłam jeszcze różowego zestawu) i smak herbaty. Jako że nie dorobiłam się jeszcze cukierniczki do kompletu, przestałam dosładzać dzieciakom herbatę (nauczone przez babcię) i jakoś wcale się o to nie dopominają. A i mąż nie dosładza, bo nie chce mu się wstawać po cukier. Jest banan na twarzy i jest dobrze :-)













Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...