Blaszki, makramy, szydełkowe poduszki.. moje rękodzieło.. Wszystkie zmieściły się dzisiaj w tym poście. Mogłabym powymieniać jeszcze parę innych rzeczy, które stały się wytworem moich rąk. Skąd się bierze to zamiłowanie do rękodzieła? Czy jest to talent albo raczej swego rodzaju choroba, którą można wyssać z mlekiem matki? Mając na uwadze moją mamę, myślę że tak, więc moje dzieci są na pewno obciążone tą chorobą ;-)
Odkąd pamiętam, moja mama wiecznie coś tworzyła, przestawiała meble z kąta w kąt "dla odmiany", zmieniała dodatki, planowała i remontowała. Kiedy szyła, dziergała (na drutach), wyszywała serwetki haftem Richlieu - od razu byłam chętna, żeby nabyć nowe umiejętności. Czego to ja już nie próbowałam... Lepienie z masy solnej, robienie odlewów z gipsu stomatologicznego, szycie filcowych zawieszek, decoupage.. No dużo tego!
Tworzenie uzależnia. Zaczyna się od dreszczyku emocji, kiedy postanawiasz stworzyć coś samodzielnie. Kiedy coś nie wychodzi, a ty jednak się nie poddajesz i drążysz temat, poszukujesz, uczysz się - trenujesz siłę woli. I uczy cierpliwości, bo wymaga poświęcenia sporo czasu na stworzenie czegoś oryginalnego, niepowtarzalnego, mojego. Jeśli po zakończeniu etapu tworzenia jesteś z siebie zadowolony, pojawia się satysfakcja i to też jest coś, czym będziesz się kierować podejmując kolejne wyzwania, cokolwiek ci się ubzdura w następnej kolejności. I na pewno podnosi poczucie własnej wartości, bo.. hej! umiałam! dałam radę! Nie bójcie się próbować czegoś nowego, tak rodzą się prawdziwe pasje!








